| Aktualności |
| Relacje |
25 czerwca (Polskie Radio II)
Magazyn Źródła, godz.12.00
Piątkowe Źródła poprowadzimy dla Państwa prosto z Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. Bezpośrednia relacja, rozmowy z muzykami i organizatorami.
Skręcamy w boczną trasę chcąc dostać się do Wielkolasu. Wąski, kręty asfalt prowadzi między wiejskimi zabudowaniami Izabelmontu, po czym ginie w polu. Już wiemy, że to nie ta droga. Na szczęście na samym końcu stoi samotnie kobieta - tak jakby czekała właśnie na nas..
Pytamy się o kierunek, ale nie tylko - wiedzeni niegasnącą ciekawością plecionkarską - interesujemy się miejscowymi tradycjami. W takich sytuacjach zawsze uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo - wyruszając w trasę prowadzi nas bowiem jakaś trudno wytłumaczalna intuicja, przypadek? łut szczęścia?
Szybko okazuje się, że owszem - był tu wyśmienity plecionkarz, który w swej pracy używał ususzonych liści rogożyny!, tataraku!! jak też lili wodnych!!!, ale niestety zmarł kilka lat temu.
Jednak docieramy do domu Pani Jadwigi Suszek, która przejęła plecionkarskie umiejętności i dzięki padającemu deszczu :) poświęca nam czas na demonstarcję miseczki z rogożynowego suszu. W domu zastajemy także Panią Genowefę Boguszową - wdowę po plecionkarzu - która opowadza nas po gospodarstwie, pokazuje zbiory plecionkarskie po mężu i przekazuje nam wyjątkowy wazonik upleciony całkowicie z suszu z tataraku wykonany jeszcze przez męża i specjalnie zrobioną igłę, którą używał przy pracy. Znowu pada deszcz - ale i tym razem jest pomocny - kryjemy się w przestronnej stodole - a Pani Genowefa opowiada nam historie z młodości.
W końcu wyruszamy w dalszą drogę. Decyduję się jechać przez pola - bo bliżej i ... ciekawiej. Kilka razy się gubimy, Zdzichu przepowiada rychłe ugrzęźnięcie w błotnych kałużach, których wielkie zagęszczenie po obfitych deszczach, ale nic takiego sie nie dzieje.
Wręcz przeciwnie - szczęście etnografa w terenie nas nie opuszcza. Pierwsze zabudowania i spotkany człowiek oznajmia nam, że trafiliśmy na miejsce. W Wildze mieszka bowiem Stanisław Kołodziej, który wraz z matką Heleną zajmuje się tradycyjnym na Lubelszczyźnie wyplataniem ze słomy.
Z ich rąk wychodzą zarówno malutkie plecionkarskie cuda - słomiane zabawki, kwiaty, jak i unikatowe, misternie plecione techniką warkoczową kapelusze, a także większe kufry, tace czy ule. Nie sposób nam się oderwać od tych wyrobów - długo rozmawiamy z Panem Stanisławem, który ma dla nas czas jedynie tego dnia - następnego rusza na zbiór sitowia. Ale udaje nam się umówić z Panią Heleną - jego matką - do której docieramy następnego dnia z samego rana.
Długo będziemy pamiętać tą wizytę. Pani Helena mieszka samotnie w małym domku, gdzie siadamy, a ona uśmiechając się skromnie opowiada o swoim barwnym życiu i próbach zachowania wspaniałych lubelskich tradycji kulturowych. Patrzymy jak wyplata kwiaty skręcając każdy kłos żyta z osobna, na naszą prośbę pokazuje też wyplot ozdobnego warkocza do kapelusza i wreszcie - śpiewa pieśn, której słuchamy z zapartym tchem i która z pewnością znajdzie się na naszej płycie.
To nie koniec wyprawy na Lubelszczyznę. Jesteśmy jeszcze umówieni z Panią Heleną Rogalową z Darownego pod Opolem Lubelskim - królową rogożyny. Tak nazywam ją po zapoznaniu się z jej pracą, wyrobami i powalającymi zbiorami materiału, jak też starszych i nowszych form - szczególnie do wyrobu toreb.
Jak zwykle zaopatrujemy się w najrózniejsze plecionkarskie akcesoria - począwszy od koszyków mniejszych i większych, torebek i kapeluszy, przez narzędzia - do starej formy na torbę wyproszonej przez Krystiana na potrzeby naszych działań.
Wreszcie ruszamy dalej kierując się w stronę Krakowa. W widłach Wisły i Sanu czeka nas kolejna niespodzianka. Warto czasem zjechać z głównej drogi, poświęcić czas na eksplorację terenu i zwyczajnie oddać się miejscu, a zaraz potem spotkać to, czego szukamy.
Tak też było w Skowierzynie. Jak zwykle usłyszeliśmy, że nie ma tu żadnych plecionkarzy i że dawno temu to tak, byli, żeby po chwili zobaczyć jak gospodarz niesie trawę w pięknym, pękatym koszu w kształcie dużej misy i dowiedzieć się, że przecież on sam go zrobił. Tak też ludzie nie cenią swej własnej pracy, często wstydząc się plecionkarskich umiejętności, uważając, iż to nic takiego. Zdarza się często, że musimy wyciągać informacje - dla nas niezwykle cenne, wielokrotnie dopytywać i zmuszać do grzebania w pamieci naszych rozmówców.
W Skowierzynie poznaliśmy takiego właśnie młodego człowieka. Jan Oczek pokazał nam swoje wyroby a zachęcony rozmową i żywym zainteresowaniem zaprosił do siebie jesienią i obiecał pokazanie wyplotu tradycyjnych koszy zwanych miejscowo mośkami oraz fragmentu płotu, który będziemy mogli zabrać ze sobą.
Paulina Adamska